Dylemat braku wiary

Z Przyjaciele Billa W. - Materiały związane z wychodzeniem z alkoholizmu
Skocz do: nawigacja, szukaj

Dylemat braku wiary

By Bill W.

Fraza "Bóg, jak my Go rozumiemy" jest być może najważniejszym wyrażeniem, jakie można znaleźć w całym słowniku AA. W kompasie z tych pięciu znaczących słów może być zawarty każdy rodzaj i stopień wiary wraz z pozytywnym zapewnieniem, że każdy z nas może wybrać swoją własną. Niewiele mniej wartościowe dla nas są te uzupełniające wyrażenia – "Siła Wyższa" i "Siła Większa Od Nas Samych". Dla wszystkich którzy zaprzeczają, albo poważnie wątpią bóstwu to ramy otwartych drzwi nad których progiem niewierzący może postawić jego pierwszy łatwy krok w nieznaną mu dotychczas rzeczywistość – w sferę wiary.

W AA takie przełomy to codzienne wydarzenia. Wszystkie one są o tyle bardziej znaczące kiedy pomyślimy, że praca z wiarą kiedyś wydawała się niemożliwością najwyższej rangi dla być może połowy naszych członków z obecnych trzystu tysięcy. Wszyscy ci wątpiący doszli do wielkiego odkrycia, że tak szybko, jak szybko mogli oni poddać się zależności "wyższej siły" – nawet ich własnym grupom AA – okazało się, że ślepy zaułek przesłaniał im widok na otwartą autostradę. Od tego czasu – przy założeniu, że starali się bardzo praktykować resztę programu AA ze zrelaksowanym i otwartym umysłem – stale pogłębiają i poszerzają wiarę, prawdziwy dar, który nieodmiennie przejawiał się czasem nieoczekiwany i często tajemniczo.

Bardzo żałujemy, że te fakty z życia AA są niezrozumiałe przez legion alkoholików w otaczającym nas świecie. Wielu z nich ma trudności z powodu strasznego przekonania, że jeśli tylko zbliżą się do AA będą pod presją w celu dostosowania się do konkretnej wiary lub teologii. Oni po prostu nie zdają sobie sprawy, że wiara nigdy nie była konieczna aby być członkiem AA; że trzeźwość może być osiągnięta z łatwym do zaakceptowania minimum wiary; i że nasz koncept siły wyższej i Boga jak Go rozumiemy pozwala każdemu na niemal nieograniczony wybór duchowych wierzeń i działań.

To, jak przekazać tę dobrą wiadomość jest jednym z naszych najtrudniejszych problemów w komunikacji, na który nie może być szybkiej lub wymijającej odpowiedzi. Być może nasze służby informacji publicznej mogłyby podkreślać ten bardzo ważny aspekt AA mocniej. A w naszych szeregach moglibyśmy opracować bardziej sympatyczną uważność dla trudnego losu tych izolowanych i zdesperowanych cierpiących. W pomocy im nie możemy osiąść na niczym mniej niż najlepsza możliwa postawa i najbardziej pomysłowe działanie, na jakie możemy się zdobyć.

Możemy także przyjąć świeże spojrzenia na problem "braku wiary" jaki istnieje na naszym własnym podwórku. Chociaż trzysta tysięcy wyzdrowiało w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat, może pół miliona weszło między nas i później odeszło. Nie ma wątpliwości, że niektórzy byli zbyt chorzy aby choćby zacząć. Inni nie mogli lub nie chcieli przyznać swojego alkoholizmu. Jeszcze inni nie mogli zmierzyć się ze swoimi podstawowymi wadami osobowości. Wielu opuściło nas z jeszcze innych powodów.

Nie możemy jednak zadowolić się poglądem, że wszystkie te niepowodzenia były wyłącznie winą nowicjuszy. Być może znakomita większość nie otrzymała odpowiedniej jakości i ilości sponsorowania, jakiej potrzebowali. Nie komunikowaliśmy się kiedy mogliśmy to zrobić. Więc my, Aowcy zawiedliśmy ich. Być może częściej niż myślimy, ciągle nie możemy nawiązać głębokiego kontaktu z tymi cierpiącymi dylemat braku wiary.

Z pewnością nikt nie jest bardziej wyczulony na duchowe zarozumialstwo, pychę i agresję niż oni.

Jestem pewien, że to coś, o czym my zbyt często zapominamy. W pierwszych pięciu latach AA niemal zrujnowałem całe przedsięwzięcie przez ten rodzaj nieświadomej arogancji. Bóg, jak ja Go rozumiałem miał być dla wszystkich. Czasami moja agresja była subtelna a czasami była surowa. Ale tak czy inaczej była szkodliwa – być może też śmiertelnie – dla niewierzących. Oczywiście to nie ogranicza się tylko do pracy Dwunastego Kroku. To wycieka wszędzie do naszych relacji z każdym. Nawet teraz łapię się na śpiewaniu tego samego refrenu "Rób jak ja robię, wierz jak ja wierzę – bo inaczej!".

Oto aktualny przykład wysokich kosztów duchowej pychy. Bardzo twardych poglądów nowicjusz został wzięty na jego pierwszy mityng AA. Pierwszy spiker mówił o swoim własnym sposobie picia. Nowicjusz był pod wrażeniem. Następnych dwóch spikerów (lub może wykładowców) mówiło o "Bogu jak ja Go rozumiem". To też mogło być dobre, a jednak nie było. Problemem była ich postawa, sposób w jaki prezentowali ich doświadczenie. Byli aroganccy. W rzeczywistości, ostatni spiker wypadł za burtę ze swoimi teologicznymi przekonaniami. Z doskonałą wiernością powtórzyli moje własne zachowanie z przed lat. Niewypowiedziana, ale ukryta we wszystkim co powiedzieli ta sama idea "Panowie, słuchajcie nas. Mamy jedyny słuszny rodzaj AA – i lepiej go weźcie!"

Nowicjusz powiedział, że już "rozumie" – i "rozumiał". Jego sponsor protestował, że to nie było prawdziwe AA. Ale było za późno; nikt nie mógł go tknąć po czymś takim. Miał też pierwszej klasy alibi do kolejnego pijaństwa. Kiedy ostatnio o nim słyszano, niedalekie spotkanie z grabarzem wydawało się prawdopodobne.

Na szczęście taki stopień agresji w imię duchowości nie jest często spotykany obecnie. Ale ten przykry i nieczęsty epizod może być wykorzystany w imię dobra. Możemy zapytać siebie samych, czy w mniej oczywistych, niemniej jednak destrukcyjnych formach, nie jesteśmy bardziej podatni na uderzenia duchowej pychy bardziej, niż przypuszczamy. Jeśli będziemy nad tym stale pracować jestem przekonany, że żaden rodzaj samobadania nie może być bardziej przydatny. Nic nie może bardziej poprawić naszej komunikacji między sobą i z Bogiem.

Wiele lat temu tak zwany "niewierzący" pozwolił mi zobaczyć to bardzo jasno. Był lekarzem i to dobrym. Poznałem jego i jego żonę Mary w domu mojego przyjaciela w mieście na środkowych zachodzie. To był zupełnie towarzyski wieczór. Nasza wspólnota alkoholików była moim jedynym tematem i zmonopolizowałem rozmowę. Niemniej jednak lekarz i jego pani wyglądali na na prawdę zainteresowanych i zadawali wiele pytań. Ale jedno z nich wzbudziło we mnie podejrzenia, że był agnostykiem, a może ateistą.

To mnie bardzo poruszyło i zechciałem go nawracać, wtedy i tam. Śmiertelnie poważny, zacząłem chwalić się moim spektakularnym duchowym doświadczeniem z przed roku. Doktor łagodnie zastanawiał się, czy to doświadczenie nie mogło być czymś innym niż ja myślałem, że było. To mocno mnie uderzyło i stałem się niegrzeczny. Nie było to prawdziwą prowokacją; lekarz był uprzejmy, pogodny i pełen szacunku. Zupełnie poważnie stwierdził, że często życzłyby sobie takiej wiary. Ale nie przekonałem go do niczego.

Trzy lata później odwiedziłem mojego znajomego. Mary, żona lekarza, wpadła na chwilę i dowiedziałem się, że on umarł tydzień wcześniej. Głęboko poruszona, zaczęła o nim mówić.

Pochodził z uznanej Bostońskiej rodziny i był studentem Harvardu. Wspaniały student, mógł zdobyć sławę w swojej profesji. Mógł cieszyć się dobrze płatną praktyką i towarzyskim życiem wśród starych znajomych. Zamiast tego, nalegał na bycie lekarzem w firmie przemysłowej, w przemysłowym mieście. Gdy Mary czasem pytała go, dlaczego nie wróci do Bostonu, brał jej rękę i mówił: "Może masz rację, ale nie mogę zmusić się do wyjazdu. Myślę, że ludzie w firmie na prawdę mnie potrzebują".

Mary wtedy zauważyła, że nie przypomina sobie aby kiedykolwiek się na coś poważnie skarżył lub ostro kogoś krytykował. Chociaż wydawał się w doskonałej formie, lekarz jednak w ostatnich pięciu latach zwolnił. Gdy Mary próbowała namówić go na wieczorne wyjście, lub próbowała złapać go w biurze punktualnie zawsze znajdował wiarygodną i dobroduszną wymówkę. Dopiero gdy jego ostatnia choroba nagle wybuchła, dowiedziała się o co w tym wszystkim chodzi, że kondycja jego serca mogła sprawić, ze w każdej chwili mogło być z nim źle. Poza jednym lekarzem z jego personelu nikt inny nie był wtajemniczony. Kiedy go zapytała oto, odpowiedział: "Cóż, nie widziałem w tym nic dobrego, aby sobą przysparzać innym kłopotów, a zwłaszcza tobie".

To była historia człowieka wielkiej duchowej wartości. Cechy były łatwe do dostrzeżenia: humor i cierpliwość, łagodność i odwaga, pokora i poświęcenie, bezinteresowność i miłość – demonstracja do której nawet nie mogę się zbliżyć. To był człowiek, którego skarciłem i potraktowałem protekcjonalnie. To był "niewierzący", którego pouczałem!

Mary powiedziała nam tę historię ponad dwadzieścia lat temu. Wtedy, po raz pierwszy, dotarło do mnie, jak bardzo martwa wiara może być – jeśli jest bez odpowiedzialności. Lekarz miał niezachwianą wiarę w swoje ideały. Ale on także praktykował pokorę, mądrość i odpowiedzialność. Stąd jego wspaniały pokaz.

Moje własne duchowe przebudzenia dało mi wbudowaną wiarę w Boga – dar w rzeczy samej. Ale nie byłem ani pokorny, ani mądry. Szczycąc się moją wiarą zapomniałem o moich ideałach. Pycha i nieodpowiedzialność zajęły swoje miejsce. Tym samym odcięły moje własne światło, miałem mało do zaoferowania moim kolegom alkoholikom. W końcu zobaczyłem dlaczego tak wielu odeszło – niektórzy z nich na zawsze.

Dlatego wiara jest czymś więcej niż naszym najwspanialszym darem; dzielenie się nim z innymi jest naszą największą odpowiedzialnością. Abyśmy więc my z AA stale poszukiwali mądrości i gotowości, dzięki którym możemy wypełnić to ogromne zaufanie, którym Dawca wszystkich doskonałych darów złożył w nasze ręce.

Zobacz także: Siła większa od nas samych

Oryginał: Copyright © The A.A. Grapevine, Inc., April 1961

Źródło: http://www.silkworth.net/aahistory/billw_041961.html